Zakładka do książki, czy papierek po cukierku?

  Używacie zakładek do książek? A może służy Wam do tego pierwsza lepsza rzecz, która leży akurat pod ręką? Ludzie mają różne upodobania. Są tacy, którzy nałogowo zbierają zakładki do książek, jak inni np. znaczki. ;) A są też tacy, którzy zaraz gubią zakupioną zakładkę i wolą używać papierka po cukierku. Jak jest z Wami? Do której grupy najbardziej pasujecie?  Ja zdecydowanie do pierwszej, ale moje koty też czasem służą jako zakładki!


Czytaj dalej...

Krótko i na temat - ,, Cmętarz zwieżąt".

  
  Dużo osób uważa, że ,,Cmętarz zwieżąt” to najlepsza książka Kinga. Nie wiem, ciężko mi się wypowiedzieć na ten temat, po przeczytaniu jedynie czterech pozycji Autora, a wiadomo, że jest on bardzo płodnym pisarzem. Na pewno jest to dobra historia i skłamałabym jakbym powiedziała, że się nie wciągnęłam, ale jednocześnie podczas czytania odczuwałam jakąś niechęć? Odrazę? Książki Kinga są moim zdaniem słodko – gorzkie, z naciskiem na gorzkie. W ,,Cmentarzu zwieżąt” również wszystko zaczyna się sielankowo, a kończy wręcz tragicznie.
   Luis przeprowadza się z rodziną i kotem do nowego domu na wsi. Przyjmuje posadę lekarza i ma nadzieję, że nowy początek odmieni ich życie na lepsze. Niedaleko nich mieszka małżeństwo na emeryturze – Lou i Norma. Bardzo szybko rodzina Creedów przywiązuje się do nowych sąsiadów, a zwłaszcza sympatycznego Lou. Mężczyzna opowiada im historie związane z miejscem zamieszkania i różne anegdoty z życia sąsiadów, czy ich przodków. Szybko wychodzi na jaw, że wioska skrywa pewien sekret. Za domem Luisa znajduje się wykoszona ścieżka, która prowadzi na cmentarz, na którym zostały pochowane same zwierzęta. Z opowieści starca dowiadujemy się, że właśnie w tym miejscu okoliczne dzieci chowają swoich pupili i dbają o ich miejsce spoczynku. Dlatego stary sąsiad tak bardzo ucieszył się z widoku nowych dzieci i miał nadzieję, że teraz one zajmą się ,,cmętarzem zwieżąt”.
 Sam pomysł z cmentarzem był dla mnie czymś fascynującym i jednocześnie przerażającym. Śmierć jest tematem, który autorzy dość często wykorzystują w swoich książkach i starają się go przedstawić w coraz bardziej zaskakujący sposób. Oswajają czytelnika z tym, co nieuniknione. Jednak u Kinga, było to dość brutalne i pozbawiające złudzeń. Wszystkie dramatyczne wydarzenia w książce pokazują, że czasem warto pozwolić odejść ukochanej osobie, niż kurczowo trzymać ją przy życiu. Również motyw wiary, a zwłaszcza zmartwychwstania jest dość mocno analizowany przez Autora i często przewija się w trakcie rozmów bohaterów. King pokazuje, że wiara może doprowadzić do cudów, ale czy faktycznie okażą się one satysfakcjonujące? Może lepiej nie ingerować w los? Nie walczyć z tym, co się stało i zaakceptować zmiany, nawet jeśli są bardzo bolesne? Tutaj, sami będziecie musieli odpowiedzieć na te pytania, oczywiście jeśli sięgniecie  po ,,Cmętarz zwieżąt".
  Fabuła dla większości czytelników zapewne będzie przewidywalna, ale to ani trochę nie uwłacza książce, która do ostatniej strony trzyma w napięciu. Momentami miałam wrażenie, że czytam o czymś, co nie powinno mieć miejsca i miałam ochotę solidnie potrząsnąć głównym bohaterem, który dokonywał coraz gorszych wyborów. Wszystko mogło się potoczyć w lepszym kierunku, ale czy wtedy książka byłaby tak interesująca? Czy wywołałaby tyle przemyśleń na temat kruchości ludzkiego życia i ewentualnej możliwości zmartwychwstania? Na pewno nie, więc jeśli lubicie mroczne historie z postaciami, które mają interesująco zarysowany portret psychologiczny oraz nie stronicie od przykrych następstw losu, to zdecydowanie polecam Wam ,,Cmętarz zwieżąt". 
Czytaj dalej...

Jak dobrze mieć kota, czyli recenzja ,,Koraliny” (książka +animacja).


  Koralina jest małą dziewczynką, która wraz z rodzicami przeprowadza się do nowego domu. Nudzi się w obcym miejscu, a pogoda nie dopisuje zabawie na ogrodzie. Po odwiedzeniu sąsiadów, postanawia zliczyć wszystkie drzwi, znajdujące się w mieszkaniu. W ten sposób odkrywa przejście, za którym znajduje się ściana z cegieł. Kto postawił drzwi, które nigdzie nie prowadzą? Czy dziewczynce uda się rozwiązać tę zagadkę?
  Rzadko się zdarza bym pod wpływem książki sięgała po jej adaptację. Raczej nie trzymam się ,,zasady” najpierw książka, potem film. Prędzej bywa u mnie na odwrót. Jednak tym razem miałam ochotę na animację i ciągle pozostając w świecie Koraliny skusiłam się również na bajkę. Powiem wam, że obydwie wersje przypadły mi do gustu, chociaż z animacją miałam jeden problem, o którym wspomnę w dalszej części tekstu.
  Zacznę od książki, ponieważ Neil Gaiman od pewnego czasu jest dla mnie Autorem, którego książki biorę w ciemno. Kupił mnie swoimi specyficznymi historiami, które dla wielu mogą być zbyt pokręcone, czy niedoprowadzone do końca.  ,,Koralina” akurat nie oczarowała mnie tak mocno jak ,,Nigdziebądź”, ,,Amerykańscy Bogowie”, czy bajeczny ,,Gwiezdny pył”, jednak uważam, że warto było się z nią zapoznać, by poznać Autora od mniej skomplikowanej strony.
  Koralinę poznajemy w momencie, gdy przeprowadza się do nowego domu. Na początku miałam problem z polubieniem dziewczynki, gdyż wydawała mi się straszną marudą, która nie potrafi zająć się sama sobą. Z drugiej strony, dotarło do mnie, że tak właśnie może się zachowywać dziecko, któremu rodzice nie poświęcają za dużo czasu. To właśnie postawa rodziców jest siłą napędową całej historii. Ciągle zajęci, z nosami w komputerach. Zbywali córkę i denerwowali się, gdy tylko prosiła ich o uwagę.  Nic dziwnego, że Koralina zamarzyła o miejscu, w którym znajdzie kochających rodziców, dobre jedzenie oraz zabawki, którymi umiliłaby sobie deszczowe dni. Sprawa miała się całkiem inaczej w ,,drugim domu” z ,,drugą rodziną”. Koralina odnalazła tam nadopiekuńczych rodziców, którzy chcieli ją mieć tylko dla siebie i po prostu ją kochać. Oczywiście ,,drudzy rodzice” nie byli tacy dobrzy, na jakich chcieli wypaść i byli wręcz złem wcielonym, ale poznanie ich drugiej natury pozostawię już tym, którzy będą chcieli sięgnąć po ,,Koralinę”. Gaiman w przerysowany sposób przedstawił rodziców, postawił nacisk na ich konkretne cechy i je wyolbrzymił. Zestawienie skrajnie różnych rodzin, pokazuje, że nic nie jest dobre w nadmiarze, nawet perfekcyjni rodzice, dlatego warto doceniać to, co się ma, bo niekoniecznie musi być lepiej, tam gdzie nas nie ma. Warto również wspomnieć o sąsiadach Koraliny, którzy irytowali mnie swoim podejściem do dziewczynki. Sporo bohaterów w tej książce mówi zagadkami i nie wyjaśnia Koralinie ich znaczenia, jednak w przypadku sąsiadów, było to już dla mnie zbyt męczące. Wolałabym by nic nie wiedzieli na temat niebezpieczeństwa, które czekało Koralinę, niż rzucali złotymi radami, których dziecko i tak nie połączyło z ,,drugim domem”.
  Gaiman jest moim zdaniem pierwszorzędny w tworzeniu równoległych światów. Zawsze są oryginalne i jakoś nie dopatrzyłam się powielania pomysłów w jego historiach. Również w ,,Koralinie” Autor pokazał, że ma niekończącą się wyobraźnię i stworzył alternatywny świat dla tytułowej bohaterki. Tym razem, znajduje się on za starymi drzwiami w salonie, a po ich przekroczeniu, znajdujemy się w miejscu, które wydaje się lustrzanym odbiciem mieszkania głównej bohaterki. Dopiero tutaj Autor dał się ponieść wyobraźni i powoli wprowadza nas do miejsca, pełnego magii, tajemnic i wcielonego zła w postaci ,,drugich rodziców”. Niby rodzice i sąsiedzi są tacy sami, ale jednak ich wygląd, a mianowicie guziki zamiast oczu, przyprawiają czytelnika o gęsią skórkę. W alternatywnym domu akcja nabiera rozpędu i główna bohaterka musi zagrać w grę, od której będą zależeć jej losy. W jej trakcie Koralina przechodzi wewnętrzną przemianę i swoim zachowaniem zachęca do naśladowania. Jeszcze nie poznałam historii, w której dziecko pokazuje, że naszym największym wrogiem jesteśmy my sami, a zwłaszcza nasza psychika, która wywołuje wiele lęków. Ich pokonanie sprawi, że nie będzie dla nas rzeczy niemożliwych, a każda przeszkoda, prędzej, czy później zostanie rozwiązana. Poza cennym morałem, w alternatywnym świecie pojawia się równię moja ulubiona postać, czyli gadający kot, który trochę przypominał mi kota z ,,Alicji w Krainie Czarów”. Również pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach, rzucał zagadkami i miał o sobie wielkie mniemanie. Chociaż sierściuch ukazuje sobą cechy typowo wrednego kota, to jest jedyną myślącą istotą, która wie, co się dzieje dookoła i stara się pomóc dziewczynce. Lubię myśleć, że w ten sposób Autor chce pokazać, że chociaż kot bywa okropny to i tak potrafi się stać niezastąpionym przyjacielem człowieka.

  Na koniec wspomnę o animacji, która na pierwszy rzut oka wydaje się żywcem wzięta z książki. Zostały wprowadzone  w niej niewielkie zmiany oraz dodano kilku nowych bohaterów, którzy swoją obecnością sprawili, że ,,tajemnicze drzwi” stały się jeszcze bardziej przerażające. Muszę wspomnieć, że tutaj główna bohaterka mocniej irytuje i zniechęca do siebie przez wyniosłe zachowanie oraz miny typowego, rozkapryszonego dziecka. Bardzo nie podobało mi się również jej początkowe zachowanie względem kota, które mogą zacząć naśladować dzieciaki oglądające tę animację. Zaletą bajki na pewno jest klimat, który od początku przypomina horror familijny. Szaro bure barwy, domek w odludnym miejscu, wielki zapuszczony ogród – to detale, które nadają smaczku całej historii. Jednak tutaj, to najważniejsza jest grafika, której daleko do bajkowych ujęć Disney’a. Powiem szczerze, że po obejrzeniu tej bajki, nabrałam wątpliwości, czy jest to historia dla każdego dziecka. Z książką możliwe, że jeszcze nie byłoby problemu, bo jej odbiór zależy od wyobraźni, ale przy animacji wszystko jest podane w formie, naprawdę przerażającej grafiki, która może zniesmaczyć nawet starszych. Ja do dzisiaj mam dreszcze, gdy przypomnę sobie ,,drugą matkę” z guzikami zamiast oczu i to dobra reakcja u dorosłej osoby, która przeraziła się animacją. Wątpię jednak, czy małe dzieci, byłyby zadowolone z takiej bajki na dobranoc. Chyba, że są przyzwyczajone do historii z dreszczykiem i potrafią je oddzielić od rzeczywistości, a na dodatek wyciągnąć z nich wnioski. Czytałam ostatnio, że zdrowy strach nie jest zły i potrafi przygotować dzieci do prawdziwego życia, więc może akurat ta animacja będzie idealna, by wprowadzić je do mniej baśniowego świata. ;)
  ,,Koralina” pod przerażającą otoczką posiada naprawdę fantastyczny przekaz i morał. Podejrzewam, że każdy kto zapozna się z tą historią, będzie mógł ją zinterpretować na własny sposób. Może to zależeć od wieku, albo sytuacji, w której się znajdujemy. Dzieci zapewne zobaczą w niej sprytną dziewczynkę, która pokaże im, że odwaga polega na pokonaniu własnego strachu i zrozumieją, że wszystko jest możliwe. Rodzice może przejrzą na oczy i dostrzegą, że praca nie jest najważniejsza na świecie, a dziecko, to tylko dziecko i zawsze może się znaleźć ktoś, kto je bardziej ,,pokocha” i poświęci więcej uwagi. Natomiast mnie książka utwierdziła w przekonaniu, że kot to zwierz niezastąpiony, a Gaiman jest Autorem, którego książki są idealne w momentach, gdy człowiek szuka nieprzeciętnej historii z wartościowym przekazem oraz całym worem cudów i dziwów.

Zapraszam na mojego Instagrama. :)

Czytaj dalej...

Smutek i łzy - kryterium ,,dobrej" książki.


  Dzisiaj pora na post z moimi przemyśleniami, które nachodzą mnie, gdy przepadnę wśród rozmów na grupach książkowych. Nie jestem w nich zbytnio aktywna, bo już wielokrotnie zauważyłam, że moje ,,wymagania” całkowicie się mijają z tym, czego większość czytelniczek szuka w książkach (tak, będę tym razem mówić głównie o czytelniczkach, bo jest ich najwięcej i najchętniej się wypowiadają w takich grupach). Czasem jednak biorę udział w dyskusjach, które dotyczą książek czytanych przeze mnie i dzięki temu będę miała tematy na kilka najbliższych notek.  
  Od razu zaznaczę, że nigdy nie byłam osobą, która myśli stereotypowo i zawsze mnie irytowały pobłażliwe uśmieszki mężczyzn, gdy mówiłam, że nie lubię romansów, czy innych wyciskających łez książek. Tak się już utarło, że kobiety, to te delikatne istoty, które boją się rozlewu krwi, a interesują je piękne uczucia i jeszcze piękniejsze zakończenia historii. Powiem szczerze, że miałam taki krótki okres (jakoś na początku gimnazjum, czyli około 10 lat temu), gdy nałogowo oglądałam ckliwe filmy. Doszło nawet do tego, że na Titanica nikt już u mnie w domu nie mógł patrzeć, a ja nadal przeżywałam los, który spotkał młodych kochanków. Jednak ta ,,faza” minęła szybciej niż się pojawiła i do dzisiaj, nie po drodze mi z płaczliwymi historiami. Czasami w ramach eksperymentu sięgam po filmy typu ,,Zanim się pojawiłeś” i nie dlatego, że są piękne i mogę popłakać, tylko po to,  by się dowiedzieć o czym jest historia i móc rozmawiać na jej temat. Chociaż moje zdanie na temat takich historii zawsze wywołuje wielkie oburzenie, więc je przemilczę. :) Gra na emocjach niestety na mnie nie działa i szukam innych wrażeń w książkach. Szkoda, że wiele osób tego nie rozumie i nie potrafi zaakceptować, że każdy ma inny gust i nie dla każdego książka wywołująca płacz i głębsze przemyślenia to jedyna słuszna pozycja do przeczytania.


 Zauważyłam na grupie czytelniczej takie dziwne zjawisko, a mianowicie Panie, które szukają ,,dobrych”  książek, często zaznaczają w swoich postach ,,Chcę wylać po niej tonę łez i oby to nie była fantastyka” i w komentarzach, nikt nie zadaje głupich pytań ,,czemu nie fantastyka” i nie stara się namówić takiej Pani, by zmieniła swoje upodobania. Raz napisałam bardzo podobny post, ale zaznaczyłam, że nie interesują mnie romanse, dramaty i obyczajówki. No i cóż, zaczął się lincz i wielkie  niedowierzanie. W końcu jak mogę szukać dobrej literatury, skoro takową na starcie wykreśliłam? Naprawdę czułam się jak osoba niewierząca, którą większość osób chce na siłę nawrócić i właśnie takich okazów było więcej, niż ludzi, którzy po prostu odpowiedzieli na zadane przeze mnie pytanie. Niby grupa czytelnicza, niby ludzie oczytani, niby tacy mądrzy, albo raczej chcą za takich uchodzić, a po jednym poście dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, że sama nigdy bym na coś takiego nie wpadła. Okazało się, że ,,dobra” literatura, to tylko taka, która wywołuje wzruszenia, sprawia, że lecisz do najbliższego sklepu po pudło chusteczek, potem myślisz o niej miesiącami i za jej sprawą stajesz się lepszym człowiekiem. No dobra, brzmi pięknie i może takie argumenty, by do mnie trafiły, gdyby nie to, że potem pojawiły się stwierdzenia typu ,,dziwna z Ciebie kobieta, przecież płacz jest wpisany w naszą naturę, chyba nie masz uczuć”, albo ,,pewnie nie masz faceta, stąd uraz do pięknych miłosnych historii”, czy ,,przecież dopiero jak człowiek się popłacze nad piękną historią, to wie, że była warta przeczytania, po co marnować czas na wampiry i elfy, skoro to same bajki, a literatura powinna czegoś uczyć, czyli odnosić się do naszego życia”. Też oczywiście się dowiedziałam, że jest na świecie tyle wspaniałych romansów, że jakbym je przeczytała, to od razu zmieniłabym o nich zdanie. W sumie tak można powiedzieć o każdym gatunku,  bo każdy ma swoje perełki i sztandarowe tytuły, ale czy warto na siłę przekonywać się do czegoś, co ogólnie nas nie interesuje? 
  Sama jednak uważam, że ilość wylanych łez wcale nie jest wyznacznikiem dobrej literatury, bo nie każdy musi lubić płakać i nie oznacza to, że taka osoba jest mało wrażliwa. Tak, samo nie każdy z własnej woli chce czytać książki, które z założenia mają go przytłaczać i działać depresyjnie. Ja od razu rezygnuję z książki, którą ktoś mi poleca słowami ,,będziesz tylko nad nią płakać". Czemu? Bo najzwyczajniej w świecie nie chcę się dołować na zawołanie. Książki ogólnie wzbudzają emocje, więc czemu tylko płacz i smutek, to jedyne słuszne reakcje? Ja wolę zamknąć książkę i uśmiechać się od ucha do ucha, albo faktycznie tak mocno przejmować się losem bohatera, którego życie Autor skomplikował do granic możliwości i uronić niespodziewaną łzę, bez wcześniejszego otoczenia się stosem chusteczek. Chcę, by emocje towarzyszące książce były zaskakujące i wyłącznie moje. Nie interesują mnie dzieła, przy których płaczą wszyscy, bo tak trzeba. Dlatego sięgam po fantastykę, bo jest to dla mnie nieprzewidywalny gatunek. Można w niej znaleźć nie tylko wampiry i elfy, ale również wielką przyjaźń, walkę, heroiczne czyny, odważne postacie, które poległy w wielkiej sprawie, bardzo często jest tu również wspaniała miłość, przemijanie, które rozdziera serce, ale i przygody, czy piękne miejsca, których nigdy nie będzie nam dane odwiedzić. Po takiej lekturze, jak najbardziej można wiele wynieść i ani trochę nie przeszkadza mi, że zamiast człowieka z krwi i kości, jest troll, czy inna paskuda. 
  Na zakończenie dodam, że naprawdę zdarza mi się uronić łzę nad książką, czy filmem, ale wiecie, co jest w tym piękne? Że takie emocje wywołują we mnie tylko historie, do których jestem mocno przywiązana, nie najnowszy bestseller, nad którym wszyscy wyją, bo tak trzeba i taka jest moda, tylko właśnie historie bliskie mojemu sercu, które od lat są moim numerem jeden i sama myśl o nich, wywołuje lekką nostalgię. 



  Co uważacie na ten temat? Czy faktycznie tylko wzruszające książki są warte przeczytania? A może macie jeszcze inne zdanie? Czekam na Was w komentarzach. :)

Ps. Zapraszam również na mojego Instagrama !
Czytaj dalej...

,,Za garść amuletów" Kim Harrison.


  Znacie to uczucie, gdy w końcu doczekacie się kontynuacji jakiejś serii i nagle dochodził do was, że nic nie pamiętacie z wcześniejszych części? Ja tak właśnie miałam w przypadku ,,Zapadliska”, czyli cyklu o czarownicy - Rachel Morgan. Tom 4 został wydany po prawie siedmioletniej przerwie i naprawdę, po takim czasie miałam już problem z przypomnieniem sobie wcześniejszych wątków historii.
  Tym razem Rachel została narażona na wielkie niebezpieczeństwo z powodu swojego byłego faceta Nicka. Posiada on przedmiot, który chcą zdobyć wilkołaki, a one nie zawahają się nawet przed zniszczeniem Zapadliska, byleby otrzymać to czego pragną. Główna bohaterka jest zmuszona ukrywać się w małym miasteczku i ryzykować własnym życiem, by uratować los mieszkańców Cincinnati.
  Jak już wspomniałam, niewiele pamiętam z wcześniejszych części i to dość mocno skomplikowało mi kilka pierwszych rozdziałów. Przy każdej wspominanej osobie musiałam się mocno wysilić, by połączyć fakty i przypomnieć sobie wątki z trzech pierwszych tomów. Na szczęście dalsze wydarzenia zostały poprowadzone nowym torem i mogłam ponownie wczuć się w historię. Od razu przypomniałam sobie, za co tak lubię serię o Rachel Morgan i dodatkowo odkryłam kolejne zalety ,,Zapadliska”.
  W najnowszym tomie Autorka ponownie napakowała historię wieloma zwrotami akcji. Nie ma chwili nudy, Rachel ciągle popada w jakieś kłopoty i w mistrzowski sposób z nich wychodzi. Zawsze jestem pod wrażeniem pomysłów Autorki, która do ostatniej chwili trzyma czytelnika w napięciu i zadziwia ostatecznym zakończeniem. Każda sytuacja, w której znajduje się główna bohaterka wydaje się beznadziejna, co jest dość często spotykanym wątkiem w książkach, jednak tutaj wszystko jest tak poprowadzone, że nigdy nie wiemy, czy te ,,beznadziejne sytuacje” zakończą się szczęśliwie dla czarownicy. Z rozdziału na rozdział, napięcie coraz mocniej rośnie i w końcu wczuwamy się w Rachel i analizujemy jej wybory, tak jakby to od nich zależało nasze, a nie czarownicy życie. 
  Kolejną zaletą książki na pewno są relacje między postaciami. Autorka ma talent do tworzenie wielowymiarowych bohaterów, bez których historia nie miałaby prawa bytu. Rachel jest jedną z niewielu kobiecych postaci, którą naprawdę lubię i byłaby wręcz idealna, gdyby nie jedna, maleńka wada, czyli ciągłe zachwycanie się wyglądem napotkanych facetów. Oczywiście ideały nie istnieją, więc czarownica nadrabia to całym arsenałem zalet, zaczynając od niewyparzonego języka i kończąc na głowie pełnej magicznych zaklęć, które ratowały jej tyłek z wielu kryzysowych momentów. Warto również wspomnieć, że Rachel ciągle się rozwija, dzięki czemu w ogóle nie nudzi czytelnika i mam nadzieję, że się to nie zmieni, ponieważ seria ma aż 13 tomów. Kolejną najistotniejszą postacią tej części jest pixi – Jenks  i mam wrażenie, że to on skradł całe show. Jego zachowanie, sposób myślenia, płynne przejście z beztroskiego chłopca do mężczyzny, który wiele przeżył oraz jego charakterystyczne powiedzonka sprawiły, że totalnie go pokochałam i mam nadzieję, że Autorka nigdy nie zrezygnuje z tak przebojowej postaci, a najpotężniejsza czarownica rozwiąże egzystencjalny problem Jenksa. Mocno wyróżniającym się charakterem jest również Ivy – wampirzyca, która nie potrafi utrzymać w ryzach swoich morderczych instynktów. Silna postać i na dodatek bardzo nieprzewidywalna. Wielokrotnie sprawiała, że nudna sytuacja nabierała barw i za każdym razem intrygowała czytelnika swoim skomplikowanym stanem emocjonalnym. To trio znalazło się aktualni u szczytu moich ulubionych książkowych zespołów. W pojedynkę wypadają trochę blado, ale razem całkowicie się dopełniają i dadzą sobie radę z każdym przeciwnikiem. 
  Wspomnę też o błyskotliwych dialogach, przesiąkniętych dobrych humorem i sarkazmem. Główna bohaterka z każdą postacią ma inne stosunki i są one wyraźnie zaznaczone w ich rozmowach. Dzięki temu od razu wiemy z kim jest blisko, a kto nieraz zadarł z Rachel. Dlatego przez te dialogi mocno dało się odczuć spłycenie relacji z Kristinem, a raczej odsunięcie jego postaci na dalszy plan. Pojawił się jedynie na początku i na końcu książki, przez co ciężko było mi uwierzyć w ich głębokie uczucie. Również trochę niezadowolona byłam z powrotu byłego faceta Rachel. Nick był moim zdaniem zapychaczem tej książki, chociaż dzięki niemu udało się również zamknąć kilka wątków rozpoczętych we wcześniejszych tomach. Były facet Rachel stał się powodem całego zamieszania, ale równie dobrze Autorka mogła się go pozbyć o wiele szybciej, bo jedynie irytował swoją obecnością oraz tym co mówił i robił. W sumie ciężko polubić postać, która przez większość czasu robi za cień głównej bohaterki i wiecznie narzeka, bo nie może się pozbierać po ,,koszu". 
  Książka chociaż ma ponad 700 stron to zleciała mi zbyt szybko i ubolewam, że znowu trzeba czekać na kolejny tom. Mam nadzieję, że tym razem pojawi się o wiele szybciej i nadal będzie trzymać aktualny poziom. Jeśli jeszcze nie czytaliście ,,Zapadliska” to szczerzę mogę wam polecieć ten cykl. Nie tylko fani urban fantasy powinni być nim zadowoleni, ale również czytelnicy, którzy lubią przewrotną akcję, dobry humor oraz pokręconą główną bohaterkę. 

Ps. Jeśli ktoś lubi oglądać zdjęcia książek to zapraszam na mojego Instagrama. :)
Czytaj dalej...

,,Magia olewania" Sarah Knight.

,,Jak przestać spędzać czas, którego się nie ma, z ludźmi,
których się nie lubi, robiąc rzeczy, których się nie chce robić"
- Sarah Knight ,,Magia olewania"


  Jedni czytelnicy lubią poradniki, a drudzy patrzą na nie z politowaniem i dziwią się, że w ogóle coś takiego ma prawo bytu. Dla mnie są to książki, które jedynie można poczytać dla odprężenia. Jeśli faktycznie mam jakiś problem lub coś mnie interesuje, to wolę poszukać dany temat w internecie i zapoznać się z opinią wielu ludzi, niż specjalnie kupować książkę opartą jedynie na przeżyciach jednej osoby. W takim razie, po co kupiłam ,,Magię olewania” ? W sumie była to chwila słabości, gdy poszłam do Empiku i spotkałam bardzo miłą Panią z obsługi, która najpierw porozmawiała ze mną o komiksach (człowiek od razu z automatu zaczyna lubić kogoś, kto ma takie same zainteresowania), a potem zaproponowała mi poradnik, kusząc słowami ,,Każdy powinien to przeczytać, naprawdę pozwala całkiem inaczej spojrzeć na nasze problemy”. W ten sposób wyszłam z książką, które nie planowałam i nawet wcześniej o niej nie słyszałam.
   O czym jest ten poradnik? Głównie opowiada o Pani Knight, która pewnego dnia stwierdziła, że poświęca zbyt dużo czasu na rzeczy, które nie sprawiają jej przyjemności, są niekomfortowe lub po prostu ją stresują, co doprowadziło do tego, że  postanowiła w końcu zrobić z tym wszystkim porządek. Dzięki swojemu postanowieniu opatentowała zasadę Zero Żalu, która pomaga nabrać dystansu do stresujących spraw, zrezygnować z nich i dzięki temu zdobyć czas na rzeczy, które faktycznie są istotne. Autorka książki ma nam pomóc ,,olać” niewarte naszego czasu sprawy i uwolnić się od poczucia winy, które często nam towarzyszy w momentach, gdy chcemy uszczęśliwiać siebie, zamiast wszystkich wkoło. Chce uzmysłowić nam, że nie warto przejmować się tym, co pomyślą ludzie oraz nauczyć nas asertywności. 
  Jak te wszystkie próby ,,olania” stresujących rzeczy mają się w praktyce? Uważam, że niektóre przykłady, które przytoczyła Autorka są zbyt oderwane od naszych polskich realiów, dlatego ciężko wziąć je za przykład lub motywację do działania. Głównym problemem autorki była stresująca praca, w której między innymi nie można było nosić klapek w upalne dni. Pani Knight żaliła się, że dojazd do pracy i sama praca w zakrytych butach jest zbyt stresująca, więc w końcu ,,olała” zasady panujące w firmie. Swoje zachowanie Autorka motywuje przekonaniem, że dobry pracownik, który wywiązuje się ze swoich zadań jak należy, nie zostanie zwolniony z powodu złamania regulaminu. Czy na pewno? Może i w Ameryce tak jest, ale u nas pracodawcy potrafią zwalniać z o wiele bardzie błahych spraw. Buntownicze podejście do obuwia nie sprawiło jednak, że Pani Sarah pozostała w pracy. Stwierdziła w końcu, że i ona za bardzo uprzykrza jej życie i po prostu ją ,,olała”. Teraz pomyślcie, czy u nas takie podejście by wypaliło? Mało kto może sobie pozwolić na zrezygnowanie z pracy i znalezienie innej lub pozostanie wolnym strzelcem. Sądziłam, że w takich ważnych sprawach jak praca, czy szkoła autorka po prostu pokaże, jak można sobie radzić ze stresem, tak by nas nie przytłaczał, a tutaj okazuje się, że po prostu lepiej to ,,olać” i zająć się innymi istotnymi sprawami, które dają nam radość. 
  Ludzie, to kolejny powód do zmartwień, który przytacza nam autorka. Dalsi znajomi, przyjaciele oraz oczywiście rodzina, wiele razy zszargały nerwy niejednej osobie. Przy każdej z tych grup Pani Sarah każe się zastanowić, jakie zachowania ludzi, którzy nas otaczają są dla nas irytujące, a następnie za pomocą przykładów z własnego życia, pokazuje jak w grzeczny sposób powiedzieć im ,,nie”. Wszystko to ma prowadzić do nauczenia się asertywności oraz spokoju ducha, bez wyrzutów sumienia, czy niepotrzebnego zastanawiania się ,,co ludzie powiedzą”. Jest to część książki, która chyba najbardziej może się przydać czytelnikom, ponieważ wiele osób martwi się tym jak wypadnie w oczach innych. Autorka pokazuje, że obcy ludzie tak naprawdę mało interesują się naszym życiem, przyjaciele wcale nie przestaną się odzywać, gdy czasem odmówimy im spotkania, a rodzina się nie rozpadnie, gdy nie będziemy na każde jej zawołanie. Oczywiście tutaj też można byłoby polemizować, bo nie każda sytuacja trafi w szablon przedstawiany przez Autorkę, ale główna myśl, czyli ,,olanie” myśli ,,co ludzie powiedzą” jest jak najbardziej godna naśladowania. 
  Na koniec dodam, że sama książka jest podzielona na cztery etapy, a każdy z nich pomaga dojść do końca misji czyli ,,olania” stresujących spraw. Autorka w humorystyczny sposób podchodzi do tego, co było jej problemem i zachęca, czasem dość natarczywie do swojego sposobu życia. Pani Sarah każdy problem stara się ukazać za pomocą zagraconej szafy i chce byśmy tak jak ona, zrobili w niej porządek i pozbyli się tego co zbędne. Dzięki takiej organizacji przewartościujemy swoje życie i zauważymy, że do tej pory za dużo energii, czasu oraz pieniędzy poświęcaliśmy na sprawy, które w ogóle nie były dla nas istotne. Wszystko o czym mówi Autorka, nie jest żadnym okryciem i zaręczam, że większość z Was już wielokrotnie myślała by ,,olać” to, na co tracimy wiele nerwów. Jednak metody, które nam Sarah Knight pokazuje, różne diagramy i sposoby analizy, mogą sprawić, że bardziej zainteresujemy się ,,Magią olewania”.
  Czy zastosuję się do rad Autorki? Ciężko powiedzieć, na pewno nie rzucę studiów, które bardzo mnie stresują oraz nie przestanę się z marszu przejmować opinią bliskich mi osób. Obcy od dawna mnie nie interesują, więc tutaj sztukę ,,olewania” mam opanowaną do perfekcji. Może jedynie za radą autorki postaram się zrobić porządek w swojej mentalnej szafie i sprawdzić, czy jakaś para skarpetek nie powinna zostać wyrzucona. :) 


Czytaj dalej...

Wielki COME BACK, a może powrót na stare śmieci?


 
  Powroty są ciężkie, bo z jednej strony człowiek chce wrócić, a z drugiej zastanawia się, czy warto po takim czasie zabierać się za coś, co zostało porzucone. W końcu jak się coś olało (że tak dosadnie powiem), to z jakiejś przyczyny. Może to nie była nasza bajka, może zabrakło czasu, a może po prostu nastąpił moment znudzenia i trzeba było dać sobie chwilę odpoczynku. W moim przypadku skumulowało się kilka czynników, które sprawiły, że porzuciłam bloga i powiem Wam, że w tamtym momencie w ogóle nie czułam żalu, że zamykam za sobą pewien etap. Dopiero od nowego roku zaczął mi doskwierać lekki smutek i postanowiłam rozważać powrót, ale jak widzicie, zajęło mi to prawie 4 miesiące. Czemu? Chciałam dać sobie czas i nie wracać do pisania pod wpływem chwili. Chciałam przemyśleć wszystkie ,,za" i ,,przeciw".  No i tutaj dochodzę do sedna tego dość luźnego wpisu, czyli moich spostrzeżeń na temat blogowania, które do mnie dotarły dopiero w momencie, gdy nabrałam do tego wszystkiego dystansu. Są one oparte na moich wcześniejszych wpisach, dzięki czemu wiem na jakich zasadach wrócę do blogosfery, by sprawiało mi to radość, a nie zirytowanie, czy w końcu kolejne wypalenie. 

  Co sprawiło, że zrezygnowałam? Prawie każdy lubi ten moment, gdy przychodzi koniec miesiąca i blogerzy zaczynają się chwalić  swoimi osiągnięciami. Sama należę do tych osób i uwielbiam oglądać piękne stosy książek i podziwiać osoby, które w ciągu miesiąca czytają ich ponad 15. Sama oczywiście też robiłam takie podsumowania i wtedy byłam z nich dumna, bo w końcu to są najbardziej popularne wpisy, no i kto nie lubi się pochwalić nowymi książkami? 
  Wszystko jest fajne do czasu, serio. Nawet nie wiecie jaki kamień spadł mi z serca, gdy przestałam liczyć ile przeczytałam, a co najważniejsze - przestałam się  PRZEJMOWAĆ tym ile przeczytałam. Zdarzały mi się momenty, że było mi wstyd, że przeczytałam za mało w stosunku do innych blogerów, przez co czułam się gorsza, bo jak można być dobrym blogerem, skoro czyta się mało książek? Oczywiście ,,mało” to pojęcie względne, ale wiadomo, że były lepsze i gorsze miesiące. Frustrujące? Cóż, bez blogowania zaczęłam czytać tyle, na ile pozwolił mi wolny czas. Jedną książkę czytałam nawet przez tydzień, bo już nie gonił mnie termin zaplanowanej recenzji. A wiecie co w tym jest najlepsze? Im dłużej czytałam książkę, tym lepiej ją zapamiętywałam, co naprawdę było problemem gdy połykałam jedną pozycje za drugą. Naprawdę polubiłam wolne czytanie, ale nikogo nie będę do tego namawiać, a tym bardziej rzucać tekstami typu ,,to nie są wyścigi, liczy się jakoś, a nie ilość” (tak na marginesie, to w momencie porzucenia bloga zostałam członkiem grupy czytelniczej na Facebooku i muszę Wam powiedzieć, że tylko tam natknęłam się na tylu ludzi, którzy nie potrafią uszanować czyjegoś stylu życia, że aż postanowiłam poświęcić na to osobną notkę). Dalej będę z przyjemnością podziwiać podsumowania na innych blogach, ale sama już nie wrócę do tego typu notek, bo wiem, że źle na mnie wpływają i na dłuższą metę po prostu mnie zniechęcają zamiast motywować.
  Mogę też wspomnieć o tym, że mój portfel w końcu przestał świecić pustką, bo przestałam nałogowo kupować książki. Oczywiście dalej mi się świecą oczy na widok kuszących nowości, czy promocji. Jednak dotarło do mnie, że nie wszystkie nowości muszę mieć w momencie ich wydania. Większości i tak od razu nie przeczytam, a jak poczekam miesiąc, czy dwa, to będą o połowę tańsze. Dzięki takiemu podejściu w końcu udało mi się przeczytać większość książek, które zalegały na półkach i przestałam je zakrywać stosami nowości. :)
  Kolejną i najważniejszą sprawą jest chyba to, że przestałam mieć wyrzuty sumienia z każdej wolnej chwili, której nie poświęciłam książkom. Wiem, że jest dużo czytelników, którzy uznają książki za świętość, a filmów się nie tykają, bo ,,zawsze” wypadają gorzej. Cóż, ja mam na ten temat całkiem inne zdanie (to już poruszę w innej notce) i lubię co jakiś czas obejrzeć filmy czy seriale. Lubię mieć zdrowe podejście do wszystkiego i nie popadać w skrajności, więc jak przeczytam książkę, o której będę chciała napisać na blogu, to bądźcie pewni, że dodam jej recenzję. To samo tyczy się filmu, czy serialu i pewną nowością na pewno będą notki okołoksiążkowe lub po prostu życiowe. Tak, lubię od czasu do czasu napisać o różnych swoich spostrzeżeniach (dzisiejszy post jest zapowiedzią takowych tekstów). Mogę powiedzieć, że będzie to taki ,,luźny piątek” w moim wykonaniu, bo najprawdopodobniej wtedy będą ukazywać się takie posty. 
  Czy coś jeszcze? Pewnie zapytacie, po co wracam do blogowania, skoro tak marudzę. Wracam, bo nadal kocham czytać, a potem opowiadać o historiach, które wywarły na mnie wrażenie. Nawet po porzuceniu bloga ciągle się udzielałam, czy to na grupach czytelniczych, czy na Facebooku, no i ostatnimi czasy na Instagramie. Jednak po prostu potrzebowałam chwili wytchnienia od blogowania i zrozumienia, że każdy musi wypracować swój sposób na bycie blogerem. Ja do swojego dotarłam właśnie w trakcie odpoczynku i od dzisiaj zaczynam wprowadzać go w życie. 
Czytaj dalej...

,,Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" Anna Lange.


 ,,- Ale płynie we mnie jego krew. I Fredericka, i Horatia. Mam mieć syna i codziennie się zastanawiać, do kogo będzie podobny? Do mojego ojca, brata czy bratanka? 
[...] Jakże głupio by było jakby ktoś taki jak Clovis skazywał się na samotność z powodu paskudnych krewnych."
- Anna Lange ,,Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu"


 Niektóre książki jeszcze przed premierą mają niesamowitą zdolność przyciągania czytelnika. Wystarczy pierwszy rzut oka na okładkę, czy zapoznanie się z opisem, by wiedzieć, że historia porwie nas na wiele godzin. W moim przypadku tak właśnie było z ,,Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu". Jak najszybciej zaopatrzyłam się we własny egzemplarz i nie mogłam się doczekać, gdy w końcu przeniosę się do XIX - wiecznego Londynu. 
 Clovis LaFay nie może się pochwalić kochającą rodziną. Jego nieżyjący już ojciec był czarnym magiem o dość niekorzystnej wśród ludzi opinii. Starszy brat, wraz ze swoim synem ciągle dają mu do zrozumienia, że jest czarną owcą rodziny, a cała reszta ,,bliskich" woli udawać, że nie istnieje. W takiej sytuacji młody mag czuje się obarczony postępkami swoich krewnych i stara się wyrobić własną reputację. Pomaga mu w tym John, który wciąga go do magicznej policji, w której Clovis zaczyna się zajmować egzorcyzmami. 
 W ,,Magicznych aktach Scotland Yardu" jest wszystko co uwielbiam w książkach - wiktoriański Londyn, kryminalne zagadki, wiele akcji, wszechobecna magia, intrygujący bohaterowie, no i ta piękna okładka, która wspaniale oddaje klimat całej historii. Rzadko się trafia na takie niezwykłe połączenie, więc naprawdę jestem pełna podziwu, zwłaszcza, że jest to debiut autorki. Już na samym początku poczułam się mocno wciągnięta w przebieg wydarzeń i kibicowałam głównemu bohaterowi w rozwiązaniu każdego dylematu. Pierwszym z nich na pewno są problemy rodzinne i wszelakie zawiłości, które dzięki retrospekcjom są na bieżąco wyjaśniane. Z rozdziału na rozdział poznajemy historię rodu LaFay i stwierdzenie ,,każda rodzina ma trupa w szafie" zaczyna coraz bardziej pasować do przodków Clovisa. Młody mag choć ma niepozytywną opinię wśród ludzi, dostaje pracę w Wydziale Spraw Magicznych Londyńskiej Policji Metropolitarnej, gdzie nadinspektorem jest jego stary przyjaciel - John Dobson. Clovis dostaje stanowisko egzorcysty, ponieważ ich najbardziej brakuje w wydziale. Od tego momentu zaczynają się pojawiać różne nadprzyrodzone istoty jak duchy, ghule, czy gadająca czaszka, które urozmaicają całą historię. 
 Drugim powodem do zmartwień tytułowego bohatera jest urodziwa siostra Johna. LaFay nie spodziewał się, że jego przyjaciel ma taką intrygującą i inteligentną siostrę, a na dodatek z magicznym potencjałem i chęcią do nauki. Przyjacielskie spotkania szybko robią się coraz bardziej krępujące, a myśli obojga zbaczają w bardziej zażyłym kierunku. Oczywiście taka sytuacja doprowadza do wielu powikłań, gdyż każde z bohaterów ma obawy, co do związku i na dodatek w całkiem różnych płaszczyznach. Alicja martwi się niższym stanem majątkowym i konwenansami, natomiast Clovis nie chce krzywdzić Alicji poprzez wciąganie jej do swojej rodziny. Na szczęście dziewczyna wie czego chce i nie pozwala za siebie podejmować decyzji.


 Najistotniejszy dylemat historii jest oczywiście bardziej przerażający i jak się okazuje miał swe początki już w szkolnych latach głównego bohatera. Ginie młoda dziewczyna, a Johna ktoś próbuje zabić. Czy sprawcą jest ta sama osoba? Do tego dochodzimy wraz z głównym bohaterem, który musi w końcu zdecydować, czy chce wykorzystać w pełni swoje nekromanckie zdolności, by uratować najbliższe mu osoby. Podczas rozwiązywania sprawy towarzyszy bohaterom bardzo tajemnicza otoczka, która powoli się rozjaśnia podczas retrospekcji prowadzonych z perspektywy różnych bohaterów. Dzięki temu możemy poznać różne punkty widzenia oraz mocniej zagłębić się w psychikę poszczególnych postaci. 
 Anna Lange w bardzo obrazowy sposób przedstawiła klimat XIX - wiecznego Londynu oraz porusza bardzo ważne tematy jakimi są nierówności klasowe, czy przynależność do rodziny, z którą nie chce się mieć nic wspólnego. Przedstawia nam jak bogaci i znaczący ludzie mogą dokonać niezgodnych z prawem czynów i jednocześnie przekupić kogo trzeba, by nie odpowiadać na swoje zbrodnie. Słowa prawdy niestety nie mają takiej samej mocy sprawczej jak odpowiednia suma pieniędzy, a Clovis chociaż robi wszystko, by sprawiedliwość dosięgnęła winnego, to i tak nie uchroni się przed potępieniem ze strony  rodziny. Autorka ukazuje również jak ciężko jest żyć młodemu człowiekowi, który ma świadomość, że jest członkiem rodziny, która nigdy nie żyła zgodnie z prawem, a zbrodnie są u nich na porządku dziennym. Przemyślenia głównego bohatera pokazują obawy syna, który nie chce być kopią swojego ojca i robi wszystko, by pokazać, że jest lepszym człowiekiem i nie zasługuje na potępienie. 
 Książka zapewniła mi nieprzespaną noc i na dodatek pełną wszelakich wrażeń. Zaczynałam od zaintrygowania i ciągłego śmiechu, a skończyłam na przerażeniu i poczuciu niesprawiedliwości. Autorka potrafi grać na emocjach czytelnika i w pełni to wykorzystuje. ,,Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" to pozycja jak najbardziej godna uwagi i wręcz żałuję, że tak szybko się skończyła. Osoby, które są zaintrygowane nekromancją i innymi typami magii na pewno się nie zawiodą w tych klimatach, a poszukiwacze innych wrażeń mogą się skupić na wątku kryminalnym, czy jakże delikatnym romansie. 
Czytaj dalej...

Podsumowanie sierpnia + stosik.


Cześć wszystkim! Kolejny miesiąc za nami. Sierpień był dla mnie mocno zapracowanym miesiącem, więc niestety przyjemności zeszły na dalszy plan. Nie był ani zaczytany, ani bogaty w książkowe zakupy, więc przejdę od razu do mojego skromnego podsumowania. :)

Przeczytałam:
1. ,,Strażniczka książek" Mechthild Gläser, str 392

2. ,,Córka imperium"  
3. ,,Batman: Hush - część 1" Jeph LoebJim Lee, str 120
4. ,,Kuzynki" Andrzej Pilipiuk, str 296
5. ,,Kłamca 4. Kill'em all" Jakub Ćwiek, str 320

Łącznie wychodzi 1 504 str. 


Wszystkie książkowe nowości zostały upolowane na promocjach, więc tym razem portfel nie płakał. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo we wrześniu będzie tyle wspaniałych premier, że chyba nie będę potrafiła się powstrzymać przed ich natychmiastowym kupnem. ;) Stosik prezentuje się tak:

 

1. ,,Szaleństwo elfów" - książkę dostałam praktycznie za grosze, a brakowało mi tej części na półce.
2. ,,Dziedziczki" - promocja -40% w świecie książki.
3. ,,Księżniczka" - jak wyżej.
4. ,,Kuzynki" - jak wyżej.
5. ,,Czas Żniw" - drugi tom kupiłam miesiąc temu, więc wypadało zaopatrzyć się w pierwszy.
6. ,,Clovis LaFay: Magiczne akta Scotland Yardu" - jedyna książkowa nowość z sierpnia, która mnie zainteresowała.
7. ,,Taniec ze Smokami część 1" - okazja na świecie książki skusiła mnie do uzupełnienia serii.                                                                                                                    

  
Czytaj dalej...

,,Córka Imperium" Raymond E. Feist, Janny Wurts.

,,Po nocy zawsze przychodzi dzień, nieważne jak ciemne chmury spowijają księżyc."
- Raymond E. Feist, Janny Wurts ,,Córka imperium"


 Bardzo lubię książki, w których główni bohaterowie są pewni siebie i przebiegli. Wiem wtedy, że nawet średnio wciągająca historia może mnie zainteresować, gdyż postacie przyciągną mnie swoimi działaniami. ,,Córka Imperium" to książka, która jednocześnie posiada doskonałą główną bohaterkę, jak i wciągające wątki. Z takiego połączenia musiała wyjść niezapomniana opowieść, która zapewniła mi wiele zaczytanych godzin.
 Mara jest 17 letnią dziedziczką rodu Acoma. Po śmierci ojca i brata musi zrezygnować z wstąpienia do zakonu i jako głowa rodziny wrócić do swojej posiadłości. Dziewczyna musi stawić czoła wszystkim przeciwnikom, którzy czyhają na chwilę słabości potężnego niegdyś rodu. Podejmuje heroiczną walkę o przetrwanie i ocalenie honoru rodziny oraz przysięga sobie, że pomści śmierć najbliższych.
 To co pierwsze rzuca się w oczy i napawa obawą to wiek główek bohaterki. 17 latki przeważnie są w książkach przedstawione jako typowe pierdoły, albo damy w opałach, które tracą głowę dla przystojniaków. Dlatego podeszłam do tej postaci z wielką rezerwą i muszę stwierdzić, że dawno już się tak miło nie zaskoczyłam. Mara jest dla mnie idealną główną bohaterką. Po śmierci ojca i brata trafia na miejsce, do którego nigdy nie była przygotowywana. Zostaje głową rodziny i musi odbudować armię, która po ostatniej bitwie została zdziesiątkowana. Cały czas rozmyśla jak polepszyć pozycję rodu i jak utrzymać się przy życiu. Jest bystra, przebiegła i nie boi się ryzyka, a intrygi w jej wykonaniu są wręcz szokujące i zachwycają dopracowaniem. Choć nie ma doświadczenia w politycznych rozgrywkach i nikt nie przygotował jej do przejęcia władzy nad rodem to dzielnie walczy i z całkowitego zera staje się potężnym i znaczącym lordem. Ludzie, którzy nie traktowali jej poważnie, nabierają respektu i wiedzą, że dziewczyna dzięki swojej inteligencji wiele osiągnie. Mara ma swój niepowtarzalny urok i wzbudza szacunek przy każdej wypowiedzi. Przy tak młodym wieku jest wyjątkowo dojrzała i wie co to poświęcenie. Dobro rodu Acoma zawsze jest dla niej najważniejsze, a honor cenniejszy od życia.


,,Tchórzliwość nie zmieni przeszłości ani nie zażegna niebezpieczeństw,
 które niesie ze sobą przyszłość."


 Historia sama w sobie również robi wrażenie na czytelniku. Nie należę do fanek rozległych opisów, ale jeśli są intrygująco przeprowadzone to czytam je z wielką przyjemnością i rozkoszuję się pomysłem autora. Tak właśnie było w przypadku ,,Córki Imperium". Autorzy wykreowali wspaniały świat, pełen tradycji, obrzędów, czy wierzeń. Każdy rytuał został dokładnie opisany, a ich zasady szczegółowo wyjaśnione. Czytelnik zostaje powoli wprowadzony w świat Lady Acoma, dzięki czemu nie ma mowy o pogubieniu się w nieznanych obrządkach. Wszystko jest spójne i się wzajemnie dopełnia.
 W całym przebiegu wydarzeń bardzo ważny jest honor i często to on napędza całą fabułę. Jest to interesujący pomysł, ponieważ aktualnie mało kto stawia dobre imię ponad życie. Wielokrotnie właśnie dzięki honorowi Mara przechytrzyła swoich przeciwników. Świetnie się bawiłam podczas skomplikowanych potyczek i kibicowałam głównej bohaterce, która zawsze potrafiła omotać wroga i ostatecznie powoływać się na jego godność. Czasem wręcz szło się pogubić w tym co wypada, a czego nie, chociaż sama Mara została prekursorką mniej drastycznych zasad i kar związanych z ich złamaniem. Dzięki temu ludzie zawsze jej słuchali i byli gotowi oddać za nią życie. 
 Podczas czytania książki miałam spore skojarzenia z ,,Grą o Tron", jednak ,,Córka Imperium" jest taką lżejszą wersją tego co stworzył Martin. Coś w sam raz dla osób, które lubią, gdy głównym bohaterom wszystko się układa, a źli dostają solidnie w kość. Akcja może nie jest zbyt dynamiczna, jednak misternie poprowadzony plan Mary jest odkrywany z rozdziału na rozdział i dopiero pod sam koniec układa się w logiczną całość. Nie mogę się już doczekać, gdy sięgnę po kolejny tom, bo wiem, że główna bohaterka jeszcze nie raz mnie zaskoczy, a sama fabuła chyba w końcu stanie się bardziej magiczna, gdyż pierwszy tom praktycznie w ogóle nie zawierał elementów fantasy.
 Podsumowując, jest to na pewno historia dla osób, które uwielbiają polityczne rozgrywki i nie boją się długich opisów, które zajmują większą część książki. Ja jestem oczarowana wykreowanym przed autorów światem i naprawdę pierwszy raz nie mam żadnych zastrzeżeń, co do głównej bohaterki. Polecam każdemu kto lubi intrygi i silne bohaterki, które brną do celu, czasem nawet i po trupach. 
Czytaj dalej...
FantasticGeek © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka